Podczas żeglugi w strefie ciszy do kadłuba Firecresta przylgnęły masy wodorostów. Stwierdziłem obecność tych samych kwiatów, białych i czarnych, które przeszkadzały mi w drodze przez Atlantyk. Obecnie wiedziałem, że jest to rodzaj skorupiaków i, przybierając ton niedbały, jakim nieraz przemawiają uczeni, mógłbym przytoczyć ich trzypiętrową nazwę łacińską.
Dnia 15 lipca, o godzinie 7ej rano, przeszedłem przez równik na 85°55′ długości zachodniej, bez tradycyjnej ceremonii chrztu. Dwa dni przedtem widziałem po raz ostatni gwiazdę Polarną i żegnałem, być może na lat kilka, półkulę północną.
Wieczorem 17, obserwacje Jowisza i jednej z gwiazd konstelacji Centaura wykazały, że wyspa San Cristobal, jedyna zamieszkała z wysp Galapagos, znajduje się ode mnie w odległości niespełna czterdziestu mil. W ciągu nocy Firecrest szedł samosterownie, lecz często wychodziłem na pokład, w nadziei ujrzenia poprzez gęste ciemności lądu. Trochę silniejszy prąd lub większe odchylenie moich chronometrów, mogły łatwo spowodować w obliczeniu różnicę 30 mil i gdybym zasnął zbyt ufnie, mógłbym obudzić się od gwałtownego uderzenia jachtu o skały. O świcie byłem na pokładzie, a ziemia rozciągała się półkolem tuż przede mną. Mniej, niż cztery mile dzieliły mnie od brzegu zatoki Rosa Blanca. Moja nawigacja okazała się dokładna, lecz kąt pelengów — za bliski kąta niebezpieczeństwa i większa precyzja mogłaby być niebezpieczna.
Było to w 37 dni po wyruszeniu z Panamy, o 4 dni więcej, niż zajęła mi droga z wysp Bermudzkich do Colon, zaś przestrzeń była trzykrotnie mniejsza.